29 maja 2010

akt rozkochiwania

akt rozkochiwania

natarczywy północny dźwięk
dźwięk w postaci zwątpienia
wzywam cię do lekkości

nie, jesteś gdzieś dalej
jesteś trochę bardziej agresywny
trochę bardziej elektryczny

otaczają cię wodospady
topiących się barw błyskawicy
i tańczysz na krawędziach namiętności

jesteś stracony przez sny
jesteś w moim akcie agresji
nieoddychając będziesz ciekawszy.


niestety....zasnę na ziarnku grochu.

24 maja 2010

świecie

pamiętasz, mówiłeś świecie, że będziesz kochać mnie kimkolwiek się stanę
zostałam włóczęgą, niespokojnym duchem, zacznij wreszcie kochać.

23 maja 2010

albinos

albinos

amputowano błękitem zniszczone gesty
odebrano płaczem wytarte rumieńce
ususzono słowa, litery zobojętniały

a te oczy
a te oczy

oczy
w pastelowej zieleni parodiowały
obrabowano każdy natchniony zakątek
nawet chłód konającej nocy znormalizowano

a te oczy
a te oczy

oczy
pergaminową czułostkowością wymalowano
wyznaczono czas na wędrówkę po snach
dusze starannie rehabilitowano

a te oczy
a te oczy

oczy
o nich powoli zapominano.


tylko te białe kwiaty...

22 maja 2010

mieszkam w parku zadymiarzy



mieszkam w parku zadymiarzy

nigdy nie oglądamy telewizji
z ulotek robimy origami
najczęściej wychodzą koślawe znicze
w nich światła się wypalają

zazwyczaj ktoś w szale znicze niszczy
największym hałasem jest gasnący płomień
w ten sposób ogłuszamy komplikację
takie skandaliczne klimaty nas usamodzielniają

u nas panowie ciemny zarost mają
kobiety nie rodzą dzieci
każdy jest ukarany, zbyt przyziemny
dlatego wypruliśmy z ubrań baśniowe elementy

dniami szukamy powodów by się uśmiechać
bawimy się w chowanego,
raz dwa, trzy
kto pierwszy odnajdzie się w nieprzytomności

późną nocą,
nikt się do snu nie przebiera
włączamy radio i czekamy
aż ulecą z nas wszystkie stare piosenki

21 maja 2010

Zapłaczmy się

Nikt nie powiedział w jakim tonie mam utworzyć swoje dni. Rodzina (bliscy, książki, filmy) jedynie rozłożyła przede mną wachlarz zachowań społeczeństwa. Aby następnie ponawlekać je przykładami. Prawda, że zdołałam trochę zaczerpnąć chłodu jedwabiu, połączonego z zanieczyszczeniami tego właśnie przedmiotu. Oceniałam pojedynki, sprawy, gusta ludzi. Mając zawsze na uwadze dobro ogólnie przyjęte, zajęte, padnięte.
I teraz wiem, że jedyną moralnością i powinnością jest popaść w nieład, szał i wszechogarniający smutek, tak by zaprzeczyć każdemu istnieniu ludzkiemu.

...może ludzie nie muszą dążyć do szczęścia. Wręcz odwrotnie, potrzebą naszą jest dostarczanie najróżniejszych tortur duchowych. Cierpienia w milczeniu: z samotności, z brak inspiracji, niepowodzenia, wypadku, utraty...
To pragnienie, które zaspokoi jedynie krzyk o pomoc. Głośne wydobycie z siebie wszystkich słabości. Wtedy lądujemy na śnieżnobiałej bezbłędnej łące, pokrytej idealną warstwą rosy, która kapie nam na policzki w czysty takt ukochanej melodii. Słońce wychodzi zza puszystych, mieniących się chmur i powstaje nowy ocieplany karmazynowym spojrzeniem dzień.
A co gdy odmawiamy! Dławimy się słowami! Albo wymiotujemy żalem, na boku do pustych ścian lub monitorów. Gdzie jest ostateczny kryzys?
Wtedy, gdy umiera dusza ludzka, nie ciało. Kończy się, wycieńcza i nie chce powrotów?! Kiedy to następuje? Jak długo człowiek musi hamować swoje instynkty, wyzbyć się metki ssaka a stać nowym gatunkiem. Tym który decyduje.
Zapłaczmy się. To i tak nadejdzie.

19 maja 2010

Pan i Pani dwoistości

Mamo, dziś nie będzie mnie w domu. Zaczerpnę świeżości, uszczypnę nagrody jaką jest wolny dzień po podróżach ekspresem.
- Mamo, wychodzę - powiedziałam
- kiedy wrócisz?
Jak dotrę do stacji w której poczekalnia wyłożona jest czarno-białymi kafelkami. Minimum atrakcji, jak najwięcej prostych zasad.
- nie wiem
- July?! jak to? a gdzie się wybierasz?
Na misję szachową, wylosuję barwę wojenną, następnie jak kilkulatek będę przeskakiwać przez płytki, oczywiście nie dotykając linii.
-tu i tam - skłamałam
tylko tam.

*
Pan
 
upadam,
a muzyka ucicha
gasną światła
trwa destylacja
poranionych zmysłów
jestem już
już tam,
tak utęskniona
i czekam
na ruch mojego władcy
Pana oddechu

18 maja 2010

sen

Opowiem tylko epizod z tego snu, ponieważ reszta to jakieś zawikłane figle moich lęków, które potrafię wytłumaczyć. Tego fragmentu..niestety nie.

Jestem gdzieś. Mogłoby się wydawać, że to jakieś pustkowie, ale tu nie jest pusto.
Pusto jest, tylko w szczęście, w uśmiech. Panuje tu obojętność, nieuchronność, tłumiona rozpacz, poskromiona histeria. Ostatnie bicia serc pękają w powietrzu. Smutek rozlewa się. Stoję na ogromnej górze piaskowej. Na takim zsypie, na żółtawo, zielonkawo, szarawo kruchym, niekiedy mokrym piasku.
Otacza on cały mój horyzont. Nie widać końca takich górek piaskowych.
Między ziarenkami piasku chodzi życie.
Kładzie się życie,
wypowiada ostatnie słowa życie
ludzkie życie.
ktoś tym wszystkim dowodzi, nie wiem kto
jakiś tyran, despota, może...?
nie wiem, ale to przypomina obóz zagłady.
Ludzie zakopują się na czyjś rozkaz w piasku.
Sami, bez nadzoru, nabierają garści i obsypują się. Sami! to widzę.
czuję. autentyczny strach, przed pożegnaniem się z życiem, serce mnie prawie rozrywa, boje się uduszenia w piasku.
Potem ktoś ciągnie mnie za rękę. Nie brutalnie ani nie delikatnie. Zaprowadza na miejsce mojej śmierci, niczym niewyróżniające się od innych. Mówi do mnie: "musisz" i powtarza to wciąż, głośno, dobitnie, stanowczo.... i wiem, że muszę, nie mam wyjścia.
idę z nim, z człowiekiem, który nie jest okrutny. Pokazuje mi miejsce spoczynku i zostawia.
Teraz muszę zacząć się zakopywać.
Siadam na piasku. Obok inni siadają, posłusznie zakopują swoje nogi, brzuchy, gardła.
Siedzę i nie potrafię....
nie chce odejść! Ogarnia mnie panika jakiej w życiu nie doznałam.
Podbiega do mnie człowiek, ciemnoskóry - nie wiem czemu, nie jestem rasistką.
W jednej ręce trzyma widelec, a w drugiej worek z oczami!
Kuca przy mnie i stwierdza, że poczeka aż umrę, bo mam takie ładne zielone oczy i on sobie je weźmie.
i czeka, patrząc mi w oczy.
A ja się ociągam, facet zaczyna krzyczeć, już nie ma spokoju jaki panował tu wcześniej histeryzuję, zaczynam się zakopywać, krzyczę równocześnie: "chcę się obudzić, chcę się obudzić!" on mnie dźga widelcem...ostatnie "chcę się obudzić"....i budzę się.
ledwo oddycham.

te dni obok dni.

...wtedy spałam dwa dni. A może inaczej, nie zrozumiałam dostatecznie tego co wydarzyło się w ciągu nocy i nie chciałam brudzić słów. Dlatego spałam dwa dni, dla Ciebie, dla siebie, świata.

Stwierdziłam, że będę opisywać fakty uboczne, te dni obok dni, drobnoustroje ludzi lekko halucynogennych.


Kilka chwil, może godzin. Zbieram się na odwagę aby opowiedzieć Tobie sen.

17 maja 2010

Towarzysz bez treści

Zacznę pisać, teraz, natychmiast. Zapewniam, oficjalnie obiecuje (ha) i nie będzie w tym spójności, żadnych pożarów, wznieceń, ukruszonych podnieceń, iskry która, podobno jest wielce znaczącą kwestią w psychologii. Mam nadzieję, że uniknę zanudzającej logiki, jak na wykładach matematycznych, nie tknę też ogromnej podniosłości, o podniosłość to poproszę w stronę kościoła. Podobno, choć specem nie jestem. Zacznę pisać - tylko tyle. Dwa krótkie zorganizowane słowa.

To już? Co teraz?
Udać się wstecz, wspominać, lamentować tu? Nie powiem, było ciekawie, głupowato, czasami banalnie.
Opcja przyszłość, jest kolejnym obliczającym się słowem, ta wielka niewiadoma. Czy warto się produkować aby na końcu...na końcu stwierdzić że to wymiociny, czy tam wypociny. Różnicy nie ma. Satysfakcji nie ma. A jaki kac dzień po.