30 grudnia 2010

*

                        "run, rabbit run. dig that hole, forget the sun"
                           (uciekaj, tchórzu uciekaj, wykop sobie norę, zapomnij o słońcu)
                                                                                                                         breathe , Pink Floyd


słuchając muzyki, zamykał oczy i tańczył
tańczył boso, po kostki w rozpuszczalnikach

posługiwał się tą samą odurzającą gestykulacją
wiedziałam jedno, widywał sceny z przyszłości

nigdy o nich nie opowiadał, choć bardzo prosiłam
wciąż i wciąż, on zawsze odmawiał

z czasem zawładnęłam nim, przystał z bezsiłami
któregoś wieczoru uległ, stwierdził że przepisał:

"ujrzysz kontury, potem cienie, w końcu ciemność"
i ujrzałam, a teraz rozcieńcza się moja krew

20 grudnia 2010

płatki wszystkich kolorów skór

do wiklinowego kosza
pozbierała dziewczyna płatki
wszystkich kolorów skór

wierzy tylko ona
że zdąży na czas i obroni się
szyjąc z nich ogromny mur

i wie i już jest tego pewna
każdy wydobędzie trochę dźwięku
jak sól w wodzie
tak rozpłyną się w jej dłoniach
opuchniętych od lęku

16 grudnia 2010

tak jak wczoraj, dla psa

      postindustrialna muzyka  

tak jak wczoraj, dla psa

pies się boi
szczeka
drżenia nie ukryje
pan powiedział do siebie,
powiedział, że jutra nie dożyje

właściciel,
wyjdzie z kolorowych ścian
i jeszcze dziś zażyje,
zażyje rozmaryny,
wciąż rosnące

pomijając ulotkę
torami, torami
przejdzie od maszyny
do zatrucia
zbyt sycące

stwierdził, potrafi
spojrzeć przez dno słoika
wola niszczenia
tłum
woli więcej fotografii

w jakimś sensie
kłamstwo ubywa
nic wielkiego
doskonałość paralityka
stała sie możliwa

okoliczności pozwoliły
zanotować mieszkankę
idąc przed nim
od nowa nie mówi,
od nowa nie słucha

miasto podobno śpi
ona jak kostucha
jest taka jak wczoraj
tak jak wczoraj
nic a nic

południową gitarę zimnym napoi
dla psa przeżył, pies się nadal boi

13 grudnia 2010

blaj

z immunitetu wirusa
z immunitetu wirusa
jest

blaj

nastroje skrajne
jak pan muszkę pod szyją zawiąże
przyduś, rozluźnij
tak lekko oddycham

ostrzegam z bladej, balladowej cery
w koszuli szytej z czerwonej koronki
garniturek z plasteliny,
ulepili go ślepi
pomagały trzy ludzkie, szarmanckie mrożonki

energia w kompatybilny sposób przybiera,
jeśli chcesz, będziemy grać wysoko
awansowała na
na karierowicza
kariera nocnego chodzącego markera

drży włos przy skroni
o bluesowej charczącej patri glorii
takt, para, chmura niedozwolonego gazu
czas się kończy, dość agonii

a zły mężczyzna nadal
zła kobieta nadal
określają współrzędne swego kokieta
mamy lata bez znaczenia
dołożyć występ do garści rozkojarzenia

blaj
blaj
blaj
blaj
nastroje skrajne.

11 grudnia 2010

margines

brałam leki dla skutków ubocznych

idę normalnie, jak co tydzień, mama wie,
skręcam w ciemną uliczkę, odpalam kapsel
doznaje szoku,
okazało się że linię marginesu ułożyli z rumianych moreli
zniszczyli podstawy bytu! czy tam w biurze skretynieli?!
a za nią, za tą śmieszną linią, to nie złudzenie, pole jedwabnej pościeli
poduszki wyszywane, zdobione brzegi
i nie ma graciarni
i nie ma twarzy wyrzuconych z ulicznej legii
miał być brud, skrzynki kurzu, śpiące owady
miałam leżeć jednobarwnie, góra dwu na papierze gazetowym
jeść czerstwy chleb, wyobrażając siedmiowarstwowe torty
gnić, bez prochu, bez śladów
wszystko miało być bezpłatnie!

ale czemu? ale jak? gdzie przekleństwo?
muszę czuć się wyzywana
a tu, patrzcie! paranoja!
podają filiżankę melisy, nagle czuję się kochana

margines to lek prywatny, chroniony i konieczny.

09 grudnia 2010

delirka


dzisiaj zobaczyłam klawiaturę. 
po czterech miesiącach
witaj. 
odpowiadaj.

warto czy nie warto


warto czy nie warto spytałam, a tak mi odpowiedział On


zgrzyt krzyku nad fascynacją
nie zabiorę ci bólu
to nie androny
czekam na tysiące chwil rezygnacji
sprawdzam cię
kiedyś usłyszysz zbiór braw
i brawa Ci za to już teraz
kiedyś w oku człowieka ujrzysz błysk prawdy
kiedyś, nie teraz
dostaniesz najprawdopodobniej, tylko sekundę
szczęśliwej końcowej kolacji
czy warto było?
warto spytam!
spytam kiedyś, nie teraz.
hej! nie łudź się! nie będę za ciebie trzymał kciuków.

02 października 2010

nikt na końcu nie sumuje


-dobry wieczór
-dobrywieczór
-dodzwoniłam się do końca?


przy samych końcówkach zaćmień
przy jakiejś miejskiej chacie
przy regale z kilku kartek
przy numerze ledwo dziewiątym
odnajdziesz grę

szepnij: niech wypada to co chce
szepnij: o przeszłości nikt a nikt nie dowie się

ma dokładną ilość znaczeń
ma instrukcję, lustro, nos nasiąknięty woskiem
ma pytania spod gruzów
ma rzęsy sklejone z szybą
a gdy przychodzi, otwiera się kluczem jak zwykłe biuro

szepnij: niech wypada to co chce
szepnij: o przeszłości nikt a nikt nie dowie się

młody, już stres nie szczeka
młody doprawdy, ta godzina uzielenia
młody, pieknie się tłumaczysz
młody, przez ten gen zostajesz uniewinniony
sen narkotyczny, czy mnie dziś uraczysz?

szepnij: niech wypada to co chce
szepnij: o przeszłości nikt a nikt nie dowie się


-tak, w czym moge pomóc?
-pomóc?!



      1:49, sobota, wyszłam z domu czy uciekłam.


28 września 2010

klinika malowanych twarzy

on - za coś wypił szampana, ona - za coś go szminką usmarowała
jakiś dzień który podobno był ważny, uczcił ten właśnie, osobnik z krwi i kości
podyktować: na chwilę maskę schować
spotęgował niechęć, wypluł ostatnią pląbę i zaczął rym, bas i chować
pozę dokładnie taką jak powiedzieli: zastosować
on, chore słowa wybierał, wybielał...byleby tylko do ust się zmieściły
ona, wciąż szeptała mu do ucha aby życzenia na czas się ziściły
całe obserwacje o tytule wychował, "widzę Cię" pisanka. Widzę Cię.

                      przecież miała być przyszłoć termalna.


zaczynam część drugą. zapraszam do czytania nowych notatek jak i tych nieco starszych i wyrażania swoich opinii w opcji komentarze lub mailowo: julymoke@gmail.com

03 sierpnia 2010

koniec pewnego rozdziału

usiadłam na zimnym kamieniu
spragniona mleka.
Wyobraź sobie spadające czarne łzy
do kubka miękkiej bieli.

Ostatni

To jest ostatnia karta historii,
wszystko straciło znaczenie.
Logika przestała wzbudzać panikę,
ciekawość przestała ścielić łóźko.
Kapitanie zobaczyłam łódź,
stojąc na śnieżnym pomoście.
Mimo wszystko będę tęsknić,
tęsknić tam na dryfującym podeście.
Nie ma wątpliwości,
dnia nie będzie, świtu też nie.
Ukończyłam wszystkie kategorie schematycznie,
a teraz nastepuje bezwarunkowe posłuszeństwo strukturom nocy.



nikt nie czytał genezy wyprawy

Koniec pewnego rozdziału. W notatnikach znajduje się jeszcze wiele wypocin, zbyt wiele. Tylko...nie jestem w stanie do nich wracać. Nie mogę taplać się w nieaktualnościach. Otworzyłam się na coś, czego nie potrafię opisać. Wyruszam, gonię lub uciekam przed słowami. Jestem w podróży. Nie wiem kiedy umieszczę tu zdania, za tydzień, za miesiąc, może...


pozdrawiam
July.


jestem halucynogenna
nie zażywam, biorę 
nicość na pieprzoną patelnię 
smażąc ją z zzieleniałym szczypiorkiem

01 sierpnia 2010

powrót marnotrawnych

tuż po świcie
odzywa się ktoś zaniedbany
śpiew nasiąknięty kurzem
widzę
tam wśród starych utworów
wysłucha, przytuli i położy spać

dziękuję.

31 lipca 2010

znaki

(dla: nie zamykajcie się!)
znaki

widzę czerwone maki na skroniach
widzę klinikę dla zamkowych czarownic

widzę spadające kawałki księżyca
widzę zaniedbanego mistyka

widzę noce bez wszystkich domów
widzę koniec życia klinicznego

widzę jak z miast okradają frenezję
widzę odbarwienia ptasich skrzydeł  

widzę człowieka z którego woda wycieka
widzę fortece morskich chłopców

widzę rozkruszone szarości klonów
widzę nieskończoną zieleń kończących się lasów

widzę wiarę w znaki

29 lipca 2010

zmęczenie

odkrywamy poziom za myślami, za racjonalnością, 

etap za brudem jakim są nasze języki, nasze słowa

zmęczenie

brak brzegów w świecie
tak mówiła matka
od urodzenia słyszałam
możesz robić wszystko
masz moce,
wyjątkowość masz kochana
a miłość moją mimo wszytko

ty ja superbohaterzy

potem mówiła - zacznij się ścigać,
następnie - dogonisz,
znów - biegnij, nieodpoczywaj
aż zostawiła mnie z - wystartujesz
bez znaków zapytania.

ty ja superbohaterzy

a jednak...
a jednak czuję się zmęczona,
zapach pościeli, mydła,
i szampon do włosów
i sen.



nie chcę ocalać świata
tylko spać, przyznaj się
wyobraźnia będzie żyć za mnie
wycisz się mała,
mów sobie jesteś piętro wyżej
poza światem,
czy ty jedyna natchniona bezczynnością ciała?

ty ja superbohaterzy?

27 lipca 2010

nibylandia

nibylandia

gdzie jest Twoja dusza? może jest wolna?

nibyburza, nibygłos, nibycios
a nadal w snach atakuje Cię stado os

nibyksiężyc, nibyszept, nibylot
i nadal facet nie powie, że słodki jest kot

nibyprawda, nibygest, nibylas
a nas jak nie było, tak nie ma na czas

nibycukier, nibyojciec, nibytechnnika
i nadal nikt nie pójdzie do kobiety mechanika

nibykwiat, nibywróżka, nibyinny
a w więzieniu nadal siedzi niewinny

nibymiłość, nibyśmierć, nibysmak
i nadal żyjesz choć wszytsko jest nie tak

nibypolityka, nibyserce, nibyzasadzka
a nadal Twoja twarz jest tak ludzka

wolna? niedorzeczność!

25 lipca 2010

Niechęć

w środku życia
jako całość
stworzyłam obraz
półwysep
las
parna atmosfera
mech
ślepota techniki

23 lipca 2010

nie maszerują, nie spacerują, a idą

na tym rysunku mam krótkie włosy i koszulkę z napisem: spotkamy się w południe na skraju snu..



nie maszerują, nie spacerują, a idą


idą
w herbacie zapłakane fusy
w powietrzu rozszarpywane bluzgi

idą
gdzieś, gardząc słowami
gdzieś rozpruwając agresję

idą
chyba za karę reanimują
chyba sny szczotką wymywają

idą
kategorycznie żądając zmian
kategorią dodatkowych zdań
        
 idą ciałem tatuowane dreszcze



jeszcze krok,
tylko jeden krok do kanibalizmu.

20 lipca 2010

psychodeliczny rap

Czy pytają Cię o czym myslisz? 
- w tym momencie?
- tak, właśnie w tym co mija, tym dążącym do śmierci?


psychodeliczny rap 


różne rodzaje elektronicznych kwasów, 
szczypią mnie w oczy,
nici się powiązały
dźwięki w melodiach oszalały
muszę słuchać
wciąż
wciąż
czekolada, ławka, zgon

przykleiłam się do pewnej rubryki
i sobie tak płaczę, troszkę beczę, o histerię haczę

nigdy nie zapamiętam wszystkich jego morałów
nie posiadł zdolności dyktowania,
ja występowania, chyba za dużo widzę głów
rozdział jest nieistotny
zamordyzm jest duszo ulotny
krzyk jest niewymowny
blues jest samotny

taki już szyk 
roznamiętniam tą farbę.
uczuć kokardę
czyżbym była gotowa
na krucjatę 
a gdzie ballada 
przeklęte jej słowa

kastruję tę abstrakcję
pajęczyna na wietrze majaczy

chcę cię wzruszać, wpływać na ciebie
mimo że słowa są trucizną 
mimo że ci tak bardzo szkodzę
marzę by manipulować 
osiągać ciebie
zdobywać
to jest moje
to jest moje

17 lipca 2010

opowiem Ci bajkę

od jutra podlegam tylko poprawnym emocjom
od jutra staję się lodowacie bezbłędna
ale od jutra.



opowiem Ci bajkę.

biegnę przez krainy półmroku
do baśniowej gorzkiej chaty
na krzemiennym, górskim zadrapaniu
odnajdę flakon diabelsko skrzydlaty

będzie w nim soczysta trutka
uśmiercająca monotonną intonacje
już od wczesnego popołudnia
planuję tę perfidną likwidację

trzech niezdrowych kropli rym
dodam do wieczornej kawy
taki mandat za unikanie pytań
budzący zamęt i obawy

uwalniając z władz ozdobnego bluszczu
te nieśmiałe kaprysy
posadzimy je w ogródku
by wyrosły wiosną, jak irysy

bynajmniej. nie dostanę kary.

14 lipca 2010

dzień z życia

lubię chodzić nocą

dlatego pewnego dnia wyruszyłam, ze dwie godziny przed świtem
wzięłam na plecy gitarę z której wydobywam prowizoryczne dźwięki
i wyruszyłam w stronę wcześniej upatrzonej szosy
szosa ta, to połatana ziemska mozaika:
trawka, dziurka, betonu trochę,
pozostałości po rozjechanym jeżu i puszka po nieznanym mi piwie
asfalt był ciepły, jak powietrze, którym się zwykle mocno zaciągałam

lubię ciszę świtu

jest specyficzna, na pewno o tym wiesz:
przenikająca świeżość mamiąca zmysły wszystkich stworzeń
trans, trans, trans
dodam, że świt dyktuje para: Władca Błękitu  i Szara Dama
dama leczy zapach
szarość nie znajduje się w definicji, którą znałam
jest pełna finezji, po ziemskim świecie rozwiana
otula najmniejszą muszkę, największe pnie drzew
władca leczy smak
błękit jest jedynym łącznikiem ziemi z niebem
pokazuje nadzieję na przejażdżkę po orbicie
mówi: "mamy wspólną krew kochana"

lubię prawdę w życiu

widzę to wszytsko a słowa są nietłumionymi myślami,
tu nie przebieram się w postacie z miejskich bajek,
wcześniej obowiązkowych po pobudce
idę, żyjąc detalami, drobnymi nazwami,
z uśmiechem dziecka, ciekawością śmiertelnie chorego,
z naiwnością niemowlęcia, z buntem szesnastolatka
z poczuciem czasu starca i siłą młodości
nie ma nic z dorosłego?

...i ta chwila, gdy
czas odpocząć, stłumić głód, zagrać piosenki
czarno biała gitara rozsypuje moje dźwięki

jakiś tchórzliwy, pijany, leśny człowiek przebiegł przez drogę
zanucił, pogubił marzenia, nawet nie obrucił się w moją stronę

a mógł posłuchać słów beztroskiego wagabundy.

13 lipca 2010

masz władzę

Po odlaniu wody i wyrzuceniu kości
Przychodzi wreszcie czas na wnioski
Fakty są smutne, lecz powiedzieć to muszę:
W człowieku naprawdę niewiele jest duszy
W człowieku naprawdę niewiele jest duszy...
tekst: Ile procent duszy Dezerter


masz władzę

proszę uczyń mnie panią mórz i oceanów
przepadnę w intensywnych błękitach

porażka za porażką 
odchodź za oprzytomnij
bezbarwne w zamian za bezwładne

zaniechaj tych marnych ludzkich snów
widzę już imię w starożytnych mitach

próbuje doczekac się śmierci
szybciej, jesień nadchodzi
szybciej, ciemno jest tylko chwilę

czy muszę zaprzedać duszę?
źródła, para wodna i fal lawiny.


pani skacze w Twe głębiny

12 lipca 2010

szkoda czasu

szkoda czasu


nie jestem poszkodowanym

tak, spieszy mi się ale muszę czekać,
skrzydła dostanę przy końcu świata

w między czasie poznam otoczenie
może z nudów, może z ciekawości

wykopię pod sobą głęboki dół,
aby położyć się na fundamentach

nawet gdyby to miały być wszystkie kolory oceanu
przytulę się, choćby samym policzkiem

i obdarzę je romantycznym śpiewem rebelianta
a z dźwięków ułoży się boisko

anielski pas z którego wystartuję dalej




szukaj szukaj szukaj
pięknych dusz szukaj
jedna kulka do misy  z rozgrzeszeniami

09 lipca 2010

bratnie

    /...wiesz, że inaczej dziękować nie potrafię/


bratnie 

nie musisz mówić 
nie musisz na mnie patrzeć
abym mogła Cię zrozumieć
rodziliśmy się braćmi

mamy inną krew
przeciwną płeć
żyjemy gdzieś razem
żyjemy razem, a świat nas atakuje

niszczą nasze mury, 
dopadają nieogrzane słabości
bronisz mnie, wciąż i wciąż
oddam za Ciebie wszystko

gdy łzy się usamodzielniają
łzy, przy tęczy bratniego oka
biorę Twój miecz
tak jak Ty, brałeś mój

gdy nie wystarcza oddechu
braknie sił, mej bliźniaczej duszy
za Ciebie wrogów opluwam 
tak jak Ty, plułeś na moich

jesteś moją alternatywą
a ja Twoją
czy ktoś zdoła to zmienić?
czy nasze szeregi poronią?


Kto wtedy przytuli Twe psychodeliczne serce i me histeryczne spojrzenie.


                                         

07 lipca 2010

podcięcie żył

porą zimową,
 zimową nocą,
nocą pijaną
pijaną na śniegu,  
napisałam właśnie to:


podcięcie żył

idziesz na górę, cała umazana  w bieli,
nie wypada się kąpać w świcie bez pościeli

scena
prowizoryczna fabuła
puste kartony
nieżywe pająki

będzie widno, zapomnijmy o tym teraz
czystości czerwieni przypatrujermy się nieraz

scena
prowizoryczna fabuła
puste kartony
nieżywe pająki

cukier puder z nieba leci, we własnym teatrze
a ty plączesz się po nieprzytomnym kadrze

scena
prowizoryczna fabuła
puste kartony
nieżywe pająki

dopóki ktoś szuka twojego oddechu



krew jednym wzlatuje, innym upływa

05 lipca 2010

owoce

                                                  / dla wspomnień, dla blizny /

owoce

herbaciane jabłka ze skórki Ci obiorę
jeśli zechcesz
w tęczczową sukienkę się przebiorę
jeśli zechcesz

każdy zakątek dla Ciebie zdemoluję
tylko szepnij
całe ciało Twoimi marzeniami wytatuuję
szepnij

pokocham być raniona
gdy skiniesz
nauczę się być spragniona
gdy skiniesz

spędzę z Tobą lata
powiedz jedno słowo
odnajdę bramę do nowego świata
powiedz  słowo

położę się w poprzek torów
popatrz na mnie
przestanę mieć dziennie tysiąc humorów
patrz na mnie

będę znikać
mów!
będę tańczyć
mów!
Cię całować
mów!
mów mów...
  

02 lipca 2010

dziki wiśniowy bandyta

"Dusza i ciało szły, a raczej pełzły obok siebie, lecz oddzielnie, tak wątłą była łącząca je nić."
Miłość Życia Jack London 


dziki wiśniowy bandyta


oddechy zamaskowanego były zanieczyszczone
nie pozwalało mu to posługiwać się językiem
dzisiejszego miejskiego erudyty

zanieczyszczone oddechy
zimne minuty
mokre krzemienie
pijane butelki


minuty tego bandyty przestały być progresywne
odnalazł więc bezpieczne kategorie, aż cztery
w których się nie gubił


zanieczyszczone oddechy
zimne minuty
mokre krzemienie
pijane butelki


próbował latać - i co powiesz?
nawet srebrny samolot zbudował, ale...
za każdym razem na mokrych krzemieniach lądował


zanieczyszczone odddechy
zimne minuty
mokre krzemienie
pijane butelki


sąsiedzi pytali wyłącznie o owoce
wiśnie pielęgnował, do granic dzikości
mimo, że od nadmiaru facet miał mdłości


zanieczyszczone oddechy
zimne minuty
mokre krzemienie
pijane butelki


taki był dziki wiśniowy bandyta

29 czerwca 2010

Miłość Życia


nie mogę się poddać

codziennie piszę nowy pożegnalny list
co wieczór układam nowe zdania z tych samych słów
co świt wyruszam w nową podróż o tym samym kierunku
co rano zasypiam nowym snem o tej samej treści
co noc czekam bezsennie aż coś się wydarzy




"Wtedy zaczęła się jedna z najbardziej ponurych tragedyj, jakie kiedykolwiek rozegrane zostały na północy: pełznący półżywy człowiek, słaniający się półżywy wilk, dwa stworzenia, co wloką poprzez pustynię bliskie śmierci ciała i polują nawzajem na resztki 
swego życia." 
fragment z Miłości Życia Jacka Londona 




dlaczego? 

28 czerwca 2010

Arkadia

Gałęzie.

nieopodal

pod wzgórzem, późną jesienią
otoczonym leśną błogą zielenią,
zasłuchanym w wycie dzikich dźwięków
o tam, zauważyłam kontrast jęków

widzisz?

suche (nie stwierdzono czy stare) drzewo,
wygrzewało się na słońcu, metr od żywego
tańcząca soczystość z głębokim snem
odczytują swoje wiadomości każdym dniem

tamtędy szłam.

ukrywają spojrzenia udając pomnik beznamiętności
następnie układają ballady do władcy samotności
nucą je tylko pochmurną nocą
i proszą łzy by zmieszały się rosą

pomóc?

ich gałęzie połączyłam zuchwałym hamakiem
tworząc atmosferę z ośmielającym smakiem
ta kapryśna, rozpalone i ta romantyczna, tłumione
wyszeptały słowa przed światem utajone

a ja, drogą idę dalej...


poświęcę wszystko tylko daj mi na imię Arkadia
oddam całe serce i duszę, sen i półomdlenie
oddam jego, siebie i ostatnie westchnienie
tylko daj, cholera daj! szczęście, jedyne marzenie. 

25 czerwca 2010

efekty specjalne

I wciąż zadaję niechronologiczne pytania.
a jak Ty pytasz?




efekty specjalne


gdzie kupisz żółte glany?
przy kontroli urodzin


widziałeś szminkę pod kolor ściany?
na wyprzedarzy niewolników


zamoczyłaś usta w gorącej wodzie?
nie, dziś sędzia trochę niemy


czy porozmawiasz z nami o zgodzie?
o żydach kawały

czy to owoc dojrzały?
chyba do wojska zabierany


baczność
spocznij
umieraj!

24 czerwca 2010

torturuj na żywo

torturuj na żywo

zwymiotować mam tu czy wyjść do łazienki?
niech ludzie patrzą, niech słuchają te dźwięki
nie powinnam zwracać
nie powinam takiego stanu pokazywać

tylko czemu mam się powstrzymywać?
to odruch naturalny
zaraz wyjdę na chodnik!
zaraz zobaczysz moje wnętrze

i jak się teraz czujesz, drogi widzu?
koszyk stoi, reakcję swoją wybierz
pierwszego kopniaka dostanę żałosnego,
drugiego bardziej brzydzącego

a może się pośmiejesz?
przecież to wspaniała komedia
działam na ciebie płaczem
ależ anomalia, z kultury wyjęta


bez śladu niezgody
koniec z rozpatrzaniem odruchów
kiedy chcę płakać, ciurkiem popłyną łzy
gdy chcę wyjść, zatrzasnę jeszcze drzwi


(treść z historią, jeszcze nie do końca domytą, 
staram się Mistrzuniu, tylko spójrz jak tu czysto?!)


22 czerwca 2010

więźniowie przeszłości

zobowiązanie

płynie rzeka, stumień, kamienie
są zakręty
są dwa brzegi
jestem troche tam, trochę tu
zamiast wybrać stronę
położę się w wodzie
i nie ma mnie w całości tam
ani całej nie ma mnie tu
nie utopię się
ani nie będę ciągnąć życia
po prostu jestem i zaśpiewam
obiecuję, że kiedyś zaśpiewam



"Łzy nowe, z uczuć starych wytoczone,
Wskazują, że ten sam jestem, co zawsze, 
Przez tysiąc buntów i walk zmieniony." 
                            Francesco Petrarca Sonety do Laury



20 czerwca 2010

profanacja wrażliwości

wsadź sobie w dupę logikę, przypadek i 
te wszystkie znaki boskie! mam dość wszelkich wymówek, 
mam dość ciebie. rozumiesz! 


profanacja wrażliwości


są metr od niuansu
i metr od głupoty

sugestia to tylko formalność

zabierają nam gazetę
brudząc atramentem

czy nie masz dość?

podcinają jąkanie
zamiatają na stos szept

wyciągnij wniosków pewne ilości

szarpią za lakiery
segregują pijane butelki

zapis ma się od skłonności

kiedyś podziękują
dziękowanie bardzo źle traktują

o spokój wahać się nie należy

profanacji się oddać
chyba wszystkie zmysły wypłukali

kto w kaprys dziś uwierzy?

19 czerwca 2010

byle-jak

byle-jak

na śnieżno białej łące usiadła wietrzna dziewczyna
w dłoni trzymając szminkę w kolorze karmazyna

ten wścibski brudny kontrast wywołał nieznośny gwar
wtedy arogancka biel uderzyła w czerwieni skwar

na bezimiennym arkuszu podpisano zaprzeczenia
od teraz będą się szamotać w mgle upokorzenia

ona już marzy o pastelowej ciszy, o rumieńcach w łodzi
bez tych histerycznych uniesień w których idea się nie narodzi

dodatkowo otacza ją pozbawiona przyczyn materia
złudna nadzieja walczy by zmieniła się sceneria

uroczyście wypowiem słowa ostateczności
aby zaraz potem pozbawić życia bylejakości

18 czerwca 2010

znowu ludzie zasnęli

Znów mogę pisać, wiesz jak cudownie się czuje! Umysł mam oczyszczony, taki lekki jak zapachy leśnych miłostek. Odrzucam chemikalia, zrozumiałam, że potrzebne są innym, aby móc mi patrzeć prosto w oczy.

Czekaj, czekaj...nie miej pretensji...konstruuję obrazy na niebie.
Przecież znajdę antidotum, zobaczysz, lecz.... daj mi czas, czas na drogę, a podaruję życiu teren w którym kłamstwa nie istnieją.




17 czerwca 2010

niedokończona część Requiem

niedokończona część Requiem


dawniej dostawałam paczki z puzzlami
a, a miałam wybór, przed tymi łzawymi draniami

nie milczą

kolory za jasne, niekiedy czernią oniemiałe
o , o harmonii ciemnej i takie trochę zgrzybiałe

nie milczą

aż mnie wszystko boli, szczypie, podgryzuje
i, i czuję się toksyczna, Ty też tak czujesz?

nie milczą

myślałam, że jestem sama w tej substancji
a, a teraz wiem, będziesz tęsknił przyjacielu

nie milczą
są w ciszy


niech cisza będzie wojną o muzykę

16 czerwca 2010

w sinych ustach zawsze płynie psychodeliczna krew.

za białą lekką mgłą,  za pewną źrenicą
przy krwistych policzkach i sinych ustach
ktoś wyciąga dłonie w chaotyczną stronę
nucąc jakby do boju psychodeliczne treści

- nie słuchaj muzyki, nie słuchaj moich słów

(a niech to! usłyszałam.)

15 czerwca 2010

pójdź ze mną

pójdź ze mną

posłuchaj
gdzieś na końcu świata zabiorę cię
na spacer
na spacer ludzi przebranych w sadze

i nie martw się
nikt nas nie będzie oceniał
weź swój plecak, ja wezmę swój
ruszmy w podróż
po zaćmionych alejach księżyca

nawet gdyby to były bezpowrotnie blade strumienie
anulujemy płacz, anulujemy każdy fragment, dobrze?
dopuścimy się tylko ulotności

13 czerwca 2010

Canim-Łódka

Drogi przyjacielu, zastanówmy się czemu chcemy poznać siebie? Tak wiele mówi się o "odnajdywaniu przeznaczenia". Wymówka?!
Po odpowiedź sięgamy do natury, do swojego umysłu i wrażliwości, nie zapominajc o obecności cierpienia ciała. Poświęcamy całe życie na odnalezienie odpowiedzi, inwestujemy każdy rok i najkrótszą wolną chwilę aby zblizyć się do wielkiej niewiadomej. Słabo mi. Warto?!
Jak dobrze nam w złudzeniach, mmm...


na dnie rośnie zielona trawa
położysz się ale nie zaśniesz
trucizna dla snu.


Chyba marzę o wydostaniu się z krainy omamów i zatracających się iluzjii, chciałabym wyruszyć w podróż niekończących się prawd o świecie i o samej sobie.
ach! Bądź łaskawa Siło! - nie mogę się oprzeć, cierpię a Ty nadal myslisz, że w ten sposób będę szczęśliwsza.


"A więc nauczę cię zapomnieć , ja, Canim-Łódka! - To mówiąc rozwarł przemoca jej palce i wyprowadził przed chatę, na szlak." J.London

11 czerwca 2010

Zwierciadło Lucyfera

Zwierciadło Lucyfera

taki stan sprowadza awangardę
każdy czytał

ubierasz się w bawełnianą kokardę
mało kto rozmyślał

nie chcesz złożyć ciała do grobu
niektórzy srebra dotykali

patrzysz w oczy swojemu wrogu
plany na kartkach zapisywali

nie odróżniając smaku deszczu od smaku łez
niektórzy zaglądając
przestali mrugać

nie tą śmiercią co trzeba umierasz

10 czerwca 2010

Jadalnia resztek snu

jadalnia resztek snu

mogłabym latać
gdybyś wypuścił mnie z piwnicy
na zawsze oderwę się od ziemi

podgrzeje parapet krwią
pomóż mi się skaleczyć
rozsypie przestrzeń aby świt znalazł się w czerwieni

bo ja się otruję
jesteśmy tacy sami
bo ja się otruję
treści celowo zrujnuję

usiądę pod ścianą
tylko rozplącz wrzeciona naszych snów
tu skaza rządzi namiętnościami

zacznę śpiewać
uwolnij dla mnie struny
nim dźwięki poduszą się w pomieszczeniach

bo ja się otruję
jesteśmy tacy sami
bo ja się otruję
treści celowo zrujnuję.

07 czerwca 2010

Upływam w dół, po samą szyję.

Dzisiejszej nocy stałam się zbiegiem, rozbójnikiem biegnącym przy melodii anarchistycznyej. Uciekałam a Oni mnie gonili. Byli zbyt opaleni, zbyt niscy, z niebieskimi a'la policyjnymi czapkami, na twarzy prezentowali prześliczny szczyderczy uśmieszek. A jaki przerażający! Jaki nieludzki!  Dopadną! i stanie się coś okropnego, co? Nie wiem...za trudna metafora śpiącego.
Po jakims czasie zauważyłam, że uciekają także inni, rozbiegając się we wszytskie strony.
krzyki,
paniczne błagania,
zabierali ludzi.
Gdzie by się schować? Muszę przeczekać ten napad! Zobaczyłam krzaki tak ostre jak różane, mimo że nie były gęste pobiegłam w ich stronę, przebijam się przez raniącą  roślinę, widzę kryjówkę!  Ogromna studnia z klapą kratkowaną na wierzchu. Znajdowało się w niej błoto, patyki, kamienie.
"Nie ma wyjścia, to ostatnia szansa na ratunek". Wskakuję w gęste odpady ziemi, ledowo udaje mi się zanużyć. Upływam w dół, po samą szyję... . Niestety zostałam dostrzerzona przez jednego z wymierzających karę. Podbiega przebijając się przez krzaki, patrzy na mój bunkier, patrzy na mnie. Chyba zastanawia się czy warto wyciagnąć swą zdobycz. Nie warto. Chichocze tak realnie, aż ze strachu serce ucieka z ciała.
Zamyka klapę studni. Zostawia mnie, ponieważ z wyczerpania poddam się i udławię błotem.

Ktoś mi pomógł, ale to już inna historia.

06 czerwca 2010

a to wszystko by wędrować

by wędrować

a to wszystko by wędrować kalecząc się
na nieoszlifowanych dźwiękach bluesa.

dojdzie do wybuchu
czuje jak tu -w środku,
w tym oczywistym ciele,
o dotknij...

błąka się i nie wiem czy już wiesz
ale brnie w obłąkanie

tutejsze niedociągnięcie
w dzieciństwie nieodprasowana
w młodości uniewinniona
teraz bębni...

dokładnie rozpoznaje częstotliwość uderzeń
i sposób nacisku
rozgrywana na wyżynach klatki piersiowej
gra
graj w szachy roztargnienia


próbuje się wydostać
z projektem zawierający melodię krzyku
sylabę ukojenia
później dochodzą słowa z ostatniego monologu
w libretto do tańca z autoportretem.


(nie piszę wierszy, nie staram się udowadniać,
to tylko myśli krótkie, doszczętnie porwane, 
weźcie mnie wygońcie, wypędźcie z tego miejsca, świat się sam niszczy, 
ludzie zapominają o czym marzyli) 

02 czerwca 2010

bawimy się dniami i nocami.

biorą leki
lek na lęki
lęk o kroki
krok otulający mroki


biorą lek
leki na lęk
lęki o krok
kroki otulające mrok

01 czerwca 2010

Tobie

TOBIE

Tobie, opowiadałam bardzo wiele
lecz nigdy nie wspomniałam
o tym jak utraciłam ciało...

nieco pobladłam
a stare fortepiany
nadal kołysały

chcę się urodzić
chcę, lecz umieram

nieco zbrzydłam
bo o świcie
szarość zaspała

chcę się urodzić
chcę, lecz umieram

nieco choruję
i przez ten szum
zaniedbuję zmysły

chcę się urodzić
chcę, lecz umieram

nieco drże
poza tym własnej osoby
nie pojmuję

chcę się urodzić
chcę, lecz umieram

nieco kapryszę
a wczoraj
zakazano popijania

dlatego umrę

    dotykając negatywnych emocji słuchamy zuchwałych dźwięków


(jeszcze nie mam dwudziestu lat...moje włosy zaczynają siwieć)

29 maja 2010

akt rozkochiwania

akt rozkochiwania

natarczywy północny dźwięk
dźwięk w postaci zwątpienia
wzywam cię do lekkości

nie, jesteś gdzieś dalej
jesteś trochę bardziej agresywny
trochę bardziej elektryczny

otaczają cię wodospady
topiących się barw błyskawicy
i tańczysz na krawędziach namiętności

jesteś stracony przez sny
jesteś w moim akcie agresji
nieoddychając będziesz ciekawszy.


niestety....zasnę na ziarnku grochu.

24 maja 2010

świecie

pamiętasz, mówiłeś świecie, że będziesz kochać mnie kimkolwiek się stanę
zostałam włóczęgą, niespokojnym duchem, zacznij wreszcie kochać.

23 maja 2010

albinos

albinos

amputowano błękitem zniszczone gesty
odebrano płaczem wytarte rumieńce
ususzono słowa, litery zobojętniały

a te oczy
a te oczy

oczy
w pastelowej zieleni parodiowały
obrabowano każdy natchniony zakątek
nawet chłód konającej nocy znormalizowano

a te oczy
a te oczy

oczy
pergaminową czułostkowością wymalowano
wyznaczono czas na wędrówkę po snach
dusze starannie rehabilitowano

a te oczy
a te oczy

oczy
o nich powoli zapominano.


tylko te białe kwiaty...

22 maja 2010

mieszkam w parku zadymiarzy



mieszkam w parku zadymiarzy

nigdy nie oglądamy telewizji
z ulotek robimy origami
najczęściej wychodzą koślawe znicze
w nich światła się wypalają

zazwyczaj ktoś w szale znicze niszczy
największym hałasem jest gasnący płomień
w ten sposób ogłuszamy komplikację
takie skandaliczne klimaty nas usamodzielniają

u nas panowie ciemny zarost mają
kobiety nie rodzą dzieci
każdy jest ukarany, zbyt przyziemny
dlatego wypruliśmy z ubrań baśniowe elementy

dniami szukamy powodów by się uśmiechać
bawimy się w chowanego,
raz dwa, trzy
kto pierwszy odnajdzie się w nieprzytomności

późną nocą,
nikt się do snu nie przebiera
włączamy radio i czekamy
aż ulecą z nas wszystkie stare piosenki

21 maja 2010

Zapłaczmy się

Nikt nie powiedział w jakim tonie mam utworzyć swoje dni. Rodzina (bliscy, książki, filmy) jedynie rozłożyła przede mną wachlarz zachowań społeczeństwa. Aby następnie ponawlekać je przykładami. Prawda, że zdołałam trochę zaczerpnąć chłodu jedwabiu, połączonego z zanieczyszczeniami tego właśnie przedmiotu. Oceniałam pojedynki, sprawy, gusta ludzi. Mając zawsze na uwadze dobro ogólnie przyjęte, zajęte, padnięte.
I teraz wiem, że jedyną moralnością i powinnością jest popaść w nieład, szał i wszechogarniający smutek, tak by zaprzeczyć każdemu istnieniu ludzkiemu.

...może ludzie nie muszą dążyć do szczęścia. Wręcz odwrotnie, potrzebą naszą jest dostarczanie najróżniejszych tortur duchowych. Cierpienia w milczeniu: z samotności, z brak inspiracji, niepowodzenia, wypadku, utraty...
To pragnienie, które zaspokoi jedynie krzyk o pomoc. Głośne wydobycie z siebie wszystkich słabości. Wtedy lądujemy na śnieżnobiałej bezbłędnej łące, pokrytej idealną warstwą rosy, która kapie nam na policzki w czysty takt ukochanej melodii. Słońce wychodzi zza puszystych, mieniących się chmur i powstaje nowy ocieplany karmazynowym spojrzeniem dzień.
A co gdy odmawiamy! Dławimy się słowami! Albo wymiotujemy żalem, na boku do pustych ścian lub monitorów. Gdzie jest ostateczny kryzys?
Wtedy, gdy umiera dusza ludzka, nie ciało. Kończy się, wycieńcza i nie chce powrotów?! Kiedy to następuje? Jak długo człowiek musi hamować swoje instynkty, wyzbyć się metki ssaka a stać nowym gatunkiem. Tym który decyduje.
Zapłaczmy się. To i tak nadejdzie.

19 maja 2010

Pan i Pani dwoistości

Mamo, dziś nie będzie mnie w domu. Zaczerpnę świeżości, uszczypnę nagrody jaką jest wolny dzień po podróżach ekspresem.
- Mamo, wychodzę - powiedziałam
- kiedy wrócisz?
Jak dotrę do stacji w której poczekalnia wyłożona jest czarno-białymi kafelkami. Minimum atrakcji, jak najwięcej prostych zasad.
- nie wiem
- July?! jak to? a gdzie się wybierasz?
Na misję szachową, wylosuję barwę wojenną, następnie jak kilkulatek będę przeskakiwać przez płytki, oczywiście nie dotykając linii.
-tu i tam - skłamałam
tylko tam.

*
Pan
 
upadam,
a muzyka ucicha
gasną światła
trwa destylacja
poranionych zmysłów
jestem już
już tam,
tak utęskniona
i czekam
na ruch mojego władcy
Pana oddechu

18 maja 2010

sen

Opowiem tylko epizod z tego snu, ponieważ reszta to jakieś zawikłane figle moich lęków, które potrafię wytłumaczyć. Tego fragmentu..niestety nie.

Jestem gdzieś. Mogłoby się wydawać, że to jakieś pustkowie, ale tu nie jest pusto.
Pusto jest, tylko w szczęście, w uśmiech. Panuje tu obojętność, nieuchronność, tłumiona rozpacz, poskromiona histeria. Ostatnie bicia serc pękają w powietrzu. Smutek rozlewa się. Stoję na ogromnej górze piaskowej. Na takim zsypie, na żółtawo, zielonkawo, szarawo kruchym, niekiedy mokrym piasku.
Otacza on cały mój horyzont. Nie widać końca takich górek piaskowych.
Między ziarenkami piasku chodzi życie.
Kładzie się życie,
wypowiada ostatnie słowa życie
ludzkie życie.
ktoś tym wszystkim dowodzi, nie wiem kto
jakiś tyran, despota, może...?
nie wiem, ale to przypomina obóz zagłady.
Ludzie zakopują się na czyjś rozkaz w piasku.
Sami, bez nadzoru, nabierają garści i obsypują się. Sami! to widzę.
czuję. autentyczny strach, przed pożegnaniem się z życiem, serce mnie prawie rozrywa, boje się uduszenia w piasku.
Potem ktoś ciągnie mnie za rękę. Nie brutalnie ani nie delikatnie. Zaprowadza na miejsce mojej śmierci, niczym niewyróżniające się od innych. Mówi do mnie: "musisz" i powtarza to wciąż, głośno, dobitnie, stanowczo.... i wiem, że muszę, nie mam wyjścia.
idę z nim, z człowiekiem, który nie jest okrutny. Pokazuje mi miejsce spoczynku i zostawia.
Teraz muszę zacząć się zakopywać.
Siadam na piasku. Obok inni siadają, posłusznie zakopują swoje nogi, brzuchy, gardła.
Siedzę i nie potrafię....
nie chce odejść! Ogarnia mnie panika jakiej w życiu nie doznałam.
Podbiega do mnie człowiek, ciemnoskóry - nie wiem czemu, nie jestem rasistką.
W jednej ręce trzyma widelec, a w drugiej worek z oczami!
Kuca przy mnie i stwierdza, że poczeka aż umrę, bo mam takie ładne zielone oczy i on sobie je weźmie.
i czeka, patrząc mi w oczy.
A ja się ociągam, facet zaczyna krzyczeć, już nie ma spokoju jaki panował tu wcześniej histeryzuję, zaczynam się zakopywać, krzyczę równocześnie: "chcę się obudzić, chcę się obudzić!" on mnie dźga widelcem...ostatnie "chcę się obudzić"....i budzę się.
ledwo oddycham.

te dni obok dni.

...wtedy spałam dwa dni. A może inaczej, nie zrozumiałam dostatecznie tego co wydarzyło się w ciągu nocy i nie chciałam brudzić słów. Dlatego spałam dwa dni, dla Ciebie, dla siebie, świata.

Stwierdziłam, że będę opisywać fakty uboczne, te dni obok dni, drobnoustroje ludzi lekko halucynogennych.


Kilka chwil, może godzin. Zbieram się na odwagę aby opowiedzieć Tobie sen.

17 maja 2010

Towarzysz bez treści

Zacznę pisać, teraz, natychmiast. Zapewniam, oficjalnie obiecuje (ha) i nie będzie w tym spójności, żadnych pożarów, wznieceń, ukruszonych podnieceń, iskry która, podobno jest wielce znaczącą kwestią w psychologii. Mam nadzieję, że uniknę zanudzającej logiki, jak na wykładach matematycznych, nie tknę też ogromnej podniosłości, o podniosłość to poproszę w stronę kościoła. Podobno, choć specem nie jestem. Zacznę pisać - tylko tyle. Dwa krótkie zorganizowane słowa.

To już? Co teraz?
Udać się wstecz, wspominać, lamentować tu? Nie powiem, było ciekawie, głupowato, czasami banalnie.
Opcja przyszłość, jest kolejnym obliczającym się słowem, ta wielka niewiadoma. Czy warto się produkować aby na końcu...na końcu stwierdzić że to wymiociny, czy tam wypociny. Różnicy nie ma. Satysfakcji nie ma. A jaki kac dzień po.