Nikt nie powiedział w jakim tonie mam utworzyć swoje dni. Rodzina (bliscy, książki, filmy) jedynie rozłożyła przede mną wachlarz zachowań społeczeństwa. Aby następnie ponawlekać je przykładami. Prawda, że zdołałam trochę zaczerpnąć chłodu jedwabiu, połączonego z zanieczyszczeniami tego właśnie przedmiotu. Oceniałam pojedynki, sprawy, gusta ludzi. Mając zawsze na uwadze dobro ogólnie przyjęte, zajęte, padnięte.
I teraz wiem, że jedyną moralnością i powinnością jest popaść w nieład, szał i wszechogarniający smutek, tak by zaprzeczyć każdemu istnieniu ludzkiemu.
...może ludzie nie muszą dążyć do szczęścia. Wręcz odwrotnie, potrzebą naszą jest dostarczanie najróżniejszych tortur duchowych. Cierpienia w milczeniu: z samotności, z brak inspiracji, niepowodzenia, wypadku, utraty...
To pragnienie, które zaspokoi jedynie krzyk o pomoc. Głośne wydobycie z siebie wszystkich słabości. Wtedy lądujemy na śnieżnobiałej bezbłędnej łące, pokrytej idealną warstwą rosy, która kapie nam na policzki w czysty takt ukochanej melodii. Słońce wychodzi zza puszystych, mieniących się chmur i powstaje nowy ocieplany karmazynowym spojrzeniem dzień.
A co gdy odmawiamy! Dławimy się słowami! Albo wymiotujemy żalem, na boku do pustych ścian lub monitorów. Gdzie jest ostateczny kryzys?
Wtedy, gdy umiera dusza ludzka, nie ciało. Kończy się, wycieńcza i nie chce powrotów?! Kiedy to następuje? Jak długo człowiek musi hamować swoje instynkty, wyzbyć się metki ssaka a stać nowym gatunkiem. Tym który decyduje.
Zapłaczmy się. To i tak nadejdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz